Swędzi mnie głowa. Niemiłosiernie.
Staram się coś z tym zrobić.
Drapię skórę mojej głowy w nadziei, że świąd przeminie.
I przemija, na kilka chwil.
Po tych sekundach spokoju irytacja powraca ponownie.
Co z tym mogę zrobić? Stałem się zautomatyzowanym człowiekiem.
Jeszcze człowiekiem?
Beznadziejnie upuszczam dłoń, by znów ją podnieść.
Chyba mam pasożyta pod skórą. Plagę pasożytów.
Aczkolwiek zawsze chciałem być żywicielem.
Czyż to nie piękne dawać, nie przyjmując nic w zamian?
Niezupełnie.
Irytacja przeradza się w przygnębienie.
Przygnębienie przeradza się w zmęczenie,
Ale nie mogę zasnąć. Nie spocznę, gdy świąd się nasila.
Bezsenność z wycieńczeniem.
To przeradza się w nienawiść do samego siebie.
Kim ja do cholery jestem, że Bóg mnie pokarał w ten sposób?
Odpowiedź jest prosta.
W tej chwili jestem robotem.
Jestem maszyną uzależnioną od jednego uczucia fizycznego.
Jeden punkt. Kropla w morzu. Kropla drąży skałę.
Co ja mogę? Ja tylko jestem oparciem o czynniki nadrzędne.
Aczkolwiek, łatwe rozwiązanie.
Położę się na stole operacyjnym, rozetną mi skórę z czaszki.
Co jest, do cholery? Przecież tu nic nie ma.
Martwy punkt.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz